Gala LFN “The FeMMAgeddon” – relacja

Gala LFN “The FeMMAgeddon” – relacja.

 

komiks_a

 

Marilyn Monroe mawiała, że najlepszym przyjacielem kobiet są diamenty. Tyle, że nigdy nie była na żadnym wydarzeniu federacji Ladies Fight Night, będąc widzem jednej z gal pewnie twierdziłaby, że do najlepszych przyjaciół kobiety należą rękawice, ring i zacięta sportowa rywalizacja. 10-go września 2016 roku w nowej hali Expo XXI w Warszawie odbyła się elektryzująca gala kobiecych sportów walki LFN “The FeMMAgeddon”. Była to już trzecia odsłona sportowego wieczoru z udziałem tylko Pań, ale po raz pierwszy federacja LFN zawitała ze swym blaskiem i splendorem do stolicy. Jednak nie po raz pierwszy widzowie byli świadkami niezwykle zaciętych pojedynków ringowych, gdzie pot, krew i łzy były chlebem powszednim. W jedenastu pojedynkach starły się dwadzieścia dwie Panie z siedmiu państw. A w swych potyczkach mierzyły się w formułach MMA, K-1 oraz Muay Thai. Kilka godzin emocjonalnego rollercoastera, podziwu i zachwytu nad pokazem doskonałej techniki, wysokich umiejętności oraz hartu ducha w pełni usatysfakcjonowały licznie zgromadzoną widownię, która wypełniła hale przy ul. Prądzyńskiego do ostatniego miejsca. Galę swoją obecnością zaszczyciło sporo osobistości i sław, nie tylko ze świata sportu, ale także filmu, muzyki jak i mody. Wśród vip-ów zasiedli m.in. Zofia Klepacka, Marcin “Różal” Różalski, Artur “Kornik” Sowiński, Krzysztof “Diablo” Włodarczyk, Piotr Stramowski, Katarzyna Warnke, Rest/Dixon 37. Oprócz starć w klatkoringu na zgromadzonych czekały liczne atrakcje i niespodzianki. W przerwach między walkami swoimi występami dodatkowo rozgrzali publiczność artyści sceny hip-hopowej Rena oraz “Drużyna Mistrzów”. W międzyczasie odbył się również interesujący pokaz mody odzieży sportowej marki Endorfina. A w przerwie – już tradycyjnie – czekały na wszystkich bezpłatne przekąski, tym razem zaserwowane przez “Woda Ognista”. A całe wydarzenie poprowadzili: jedyny i niezastąpiony Łukasz “Juras” Jurkowski oraz znakomity dziennikarz radia Eska oraz prawdziwy showman Krzysztof “Jankes” Jankowski. Mnogość atrakcji, ringowe wojny,  dobra muzyka jak i małe przyjemności dla podniebienia sprawiły, że na zakończenie wieczoru widownia opuszczała hale z dużym zadowoleniem i satysfakcją. Federacja Ladies Fight Night dziękuje wszystkim za przybycie i obiecuje, że każda kolejna gala będzie coraz większym widowiskiem z imponującym pakietem miłych niespodzianek.

A w klatkoringu swoje boje stoczyły:

Hanna Gujwan vs Paulina Maj

 

Starcie zawodniczek z takim samym bilansem walk zawodowych zapowiadało wyrównaną rywalizację. Obie fighterki zaczęły z animuszem śmiało przystępując do ataków, próbując za wszelką cenę przejąć inicjatywę. Z obu stron padało wiele ciosów i kopnięć. Po jednym z front-kicków Gujwan, Paulina Maj upadła, jednak sędzia nie zaczął liczenia. Mimo to był to przełomowy moment walki. Gujwan zaczęłą wyprzedzać ataki Maj. Cios za ciosem, kombinacja po kombinacji zyskiwała przewagę, która pod koniec rundy przerodziła się w dominację. Dominację, w której Pani Paulina była zasypywana gradem ciosów prostych, sierpowych oraz kopnięć. Runda druga rozpoczęła się od dynamicznych prób odrabiania strat przez Maj. Zaprezentowała sporą ilość ciekawych kombinacji, zadając ciosy i kopnięcia na kilku płaszczyznach. Jednak w połowie rundy do gry wróciła Gujwan zadając bardzo groźne prawe sierpy. Jej ciosy były zdecydowanie silniejsze i robiły duże wrażenie na przeciwniczce. W ostatniej odsłonie obraz walki nie uległ zmianie. Gujwan wyraźnie już rozluźniona kontynuowała swoje ataki popisując się silnymi sierpami jak i celnymi kombinacjami pewnie punktując. Pokusiła się nawet na efektowny back fist, choć niecelny. Maj natomiast opadła z sił, nie była już w stanie odwrócić losów starcia. A wszelkie ataki były skutecznie stopowane przez Gujwan, bądź ciosami, bądź front-kickami. Werdykt był jak najbardziej zasłużony – jednogłośne zwycięstwo Hanny Gujwan.

 

Sylwia Juśkiewicz vs Magdalena Mróz

 

Dla Magdaleny Mróz była to debiutancka walka i było to dla niej nie lada wyzwaniem, gdyż oko w oko stanęła z nią utalentowana i doświadczona Sylwia Juśkiewicz. Frycowe trzeba było płacić już bardzo szybko. Pani Sylwia od pierwszych sekund ruszyła do bardzo agresywnych i dynamicznych ataków. Zadając prawdziwą lawinę ciosów i kopnięć zepchnęła Mróz do totalnej defensywy, choć i ta zrewanżowała się kilkoma udanymi ciosami z kontry. Jednak na Panią Sylwię to było za mało. Ilość oraz precyzja ciosów Juśkiewicz zadawanych na różnych płaszczyznach śmiało mogłyby wypełnić poradnik “Jak zacząć by zdominować przeciwnika”. A szczególne wrażenie robiły szybkość i dynamizm z jakimi Łodzianka toczyła pojedynek. Szybkość i dynamika, które z powodzeniem mogły nawet rozpędzić masywne koło młyńskie. I coś w tym jest, gdyż w ringu odbywała się prawdziwa młócka. Mimo to Mróz przetrwała swoje, a nawet pokusiła się na celne kolana w klinczu, lecz niewiele to zmieniło, gdyż końcówka ponownie należała do Juśkiewicz. Runda druga zaczęła się dużo spokojniej, Juśkiewicz świadoma przewagi nieco spuściła z tonu pozwalając wykazać się Mróz. A ta udowodniła, że nieprzypadkowo znalazła się w klatkoringu federacji LFN. Prezentując dużą odporność na ciosy z godną podziwu konsekwencją zaczęła przeć na przód, pokazując kilka ciekawych kombinacji. Ale gdy tylko Juśkiewicz złapała drugi oddech, cała para ponownie poszła w dynamiczne ciosy i kopnięcia, co i tym razem zepchnęło Mróz do defensywy. A prawdziwą wisienką na torcie tej rundy było celne wysokie kopnięcie w wykonaniu Pani Sylwii. Ostatnia runda nieomal zakończyła się nokautem. Po jednym z lewych sierpowych Juśkiewicz, Magdalena Mróz mocno się zachwiała i chyba tylko siłą woli nie upadła z hukiem na deski. A Pani Sylwia jak prawdziwy drapieżnik, który wyczuł krew, przystąpiła do wykańczającego ataku. Kilka kolejnych ciosów i tym razem Mróz była liczona, choć nadal była w walce. A Juśkiewicz? Chyba nikt nie zapomniał, że to jest prawdziwa superwoman, i tym razem potrafiła to doskonale pokazać. Przy swojej całkowitej dominacji, zaprezentowała jedno ze swoich firmowych uderzeń, efektowny superman punch. Krótko potem nastąpiło kolejne wysokie kopnięcie, i kolejne liczenie Mróz. I tym razem Pani Magdalena była w stanie kontynuować walkę, ale przed nokautem uratował ją chyba tylko gong oraz niewątpliwie wielkie serce do walki zmieszane z żelazną odpornością na ciosy. Wynik walki – bezapelacyjne jednogłośne zwycięstwo Sylwii Juśkiewicz.

 

Paulina Borkowska vs Alexandra de Cassia Rodrigues Blauth

 

Kolejne starcie tego wieczoru było pierwszą walką w formule MMA. Do klatkoringu weszły reprezentantka Polski Paulina Borkowska oraz gibka jak gazela, egzotyczna piękność o urodzie Rihanny, reprezentantka Brazylii Alexandra de Cassia Rodrigues Blauth. Walka zaczęła się w stójce, lecz szybko została sprowadzona do parteru, w którym to Borkowska bardzo sprytnie podjęła próbę gilotyny. Brazylijka znalazła się w bardzo niebezpiecznym położeniu, była bliska poddania, jednak skutecznie zapierając się swoimi długimi nogami potrafiła zastopować próbę zawodniczki z Wyszkowa. Mimo to Borkowska umiejętnie zmieniła pozycję i dzięki temu znalazła się w pełnym przysiadzie na przeciwniczce. Z tej pozycji, rzemieślniczą pracą, starała się odepchnąć głowę Rodrigues, próbując wypracować sobie sposobność do obijania przeciwniczki z góry. Ale i tym razem Brazylijka sprytnie się wyślizgnęła i najpierw podjęła próbę balachy a następnie nieomal zakończyła starcie łapiąc Polkę w trójkąt. Szczęśliwie dla Borkowskiej rozległ się dźwięk gongu. Tuż po wznowieniu walki Borkowska ruszyła do przodu udanie obalając przeciwniczkę. Ponownie, jak w rundzie pierwszej, uzyskała pozycję z góry, ponownie zadała kilka mocnych ciosów i ponownie dała się zaskoczyć balachą. Tym razem zwinnej Brazylijce technika w pełni się udała, a zaskoczona Borkowska już tylko mogła odklepać. Walka była bardzo interesująca obfitująca w ciągłe zwroty akcji, gdzie dla obu zawodniczek przysłowie “raz na wozie, raz pod wozem” znajdowało całkowite odzwierciedlenie. Jednak to ostatecznie Rodrigues była górą.

 

Patrycja Krawczyk vs Urszula Mydłowska

 

Po MMA ponownie obejrzeliśmy walkę w K-1. Tym razem do starcia stanęły doświadczona Patrycja Krawczyk oraz debiutująca na zawodowym ringu Urszula Mydłowska. I wbrew oczekiwaniom to właśnie Mydłowska pewniej i śmielej przystąpiła do ataków. Krawczyk natomiast przyjęła bardziej defensywną postawę czyhając na okazje do zadania silnych ciosów. Takim obrotem sprawy była zaskoczona sama Pani Urszula, która to rozkładała ręce w dość prowokacyjnym geście zachęcała Krawczyk do odważniejszych ataków. Zresztą pewne prowokacyjne gesty, miny i zachowania z powodzeniem przejęła Pani Patrycja próbując tym samym nieco wyprowadzić przeciwniczkę z równowagi. Choć jak twierdziła po walce ma do Pani Urszuli duży szacunek, to nie była żadna nonszalancja. “Taki mam wredny i niewygodny styl” tłumaczyła.  A my, niejednokrotnie urzeczeni walkami Pani Patrycji, uwielbiamy ten wredny i niewygodny styl. Styl, który bardzo szybko o sobie przypomniał w postaci słynnych zabójczych low-kicków, po których Mydłowska zaczęła się lekko krzywić. A kolejne minuty pokazały jak trafna była strategia Krawczyk. Z pozornej defensywy i lekkiego ukrycia raz po raz kąsała celnymi ciosami i kopnięciami. Dysponując doskonałym wyczuciem dystansu bez trudu unikała uderzeń przeciwniczki, które coraz częściej przecinały powietrze. Krawczyk posyłając kolejne prowokacyjne spojrzenia swoimi dużymi sarnimi oczami przejmowała kontrole nad walką. Mydłowska była nadal aktywna, jednak jej marsze do przodu przestawały przynosić efekt, nie dysponując odpowiednim zasięgiem nie mogła być wielkim zagrożeniem dla oponentki. A Krawczyk na pełnym luzie zadawała ciosy i kopnięcia niczym przyczajona pantera, stopując zapędy Mydłowskiej prostymi ciosami i front-kickami. Ostatnia runda nie przyniosła zmiany obrazu walki. Mimo, że finałowa odsłona zaczęła się od “tańca z gwiazdami” w wykonaniu Krawczyk, to dalej z niesłabnącą konsekwencją realizowała swoją strategię, która dla przeciwniczki była bardzo niewygodna. I ostatecznie Mydłowska już do końca walki nie odnalazła recepty na zwycięstwo. Niemniej jednak potrafiła odgryźć się jeszcze groźnym lewym prostym, choć nie wpłynęło to na ogólny obraz starcia. Do końca rundy to Krawczyk miała przewagę dokumentując ją celnymi prostymi ciosami jak i wysokimi kopnięciami oraz swoimi sztandarowymi low-kickami. Decyzją sędziów jednogłośnie zwyciężyła Patrycja Krawczyk. Co prawda Pani Patrycja ostatnimi czasy przyzwyczaiła nad do efektownych zwycięstw. Do zwycięstw, po których to przeciwniczki w grymasie bólu odpuszczały walkę. Jednak nie codziennie jest kawior, i nie zawsze zwycięstwa są efektowne i spektakularne. Niemniej dziękujemy Pani Patrycji za to, że wreszcie mieliśmy okazję na pełnym dystansie obserwować jej talent. A Urszula Mydłowska okazała się twardą przeciwniczką, która to bardzo odważnie podjęła rękawicę, i zmusiła Krawczyk do dużego wysiłku i pokazania pełnego wachlarza swoich umiejętności.

 

Monika Porażnyńska-Bohn vs Patrycja Pamuła

 

Następna walka była konfrontacją młodości i rutyny. Doświadczona Monika Porażyńska-Bohn starła się z Patrycją Pamułą w trzyrundowym pojedynku w formule K-1. I to właśnie bardziej rutynowana Porażyńska-Bohn weszła w walkę odważniej, prąc do przodu, pragnąc narzucić swoje tempo. Pamuła natomiast walczyła z kontry, próbując powstrzymać ataki przeciwniczki front-kickami. Runda obfitowała w sporo klinczów, a zadawane ciosy były w dużej mierze niecelne, choć pod koniec rundy pod okiem Pani Moniki pojawiło się obtarcie. Mimo wszystko to Porażyńska-Bohn przejęła inicjatywę, była aktywniejsza, czym zdobyła optyczną przewagę. Runda druga zaczęła się od większej aktywności Pamuły, która to w jednym z ataków celnie trafiła serią prostych. Jednak przewaga nadal należała do jej oponentki. Porażyńska-Bohn poprawiła celność, prezentując ładne kombinacje kilkukrotnie naruszyła przeciwniczkę prostymi, sierpami jak i kopnięciami. Pani Patrycja natomiast walczyła zbyt statycznie, spóźniając się ze swoimi kontrami. W trzeciej rundzie Pani Monika zaskoczyła zmianą strategii, do swoich poczynań włączyła sporą ilość low-kicków. Mocno okopywana noga Pamuły z czasem się zaczerwieniła, co jeszcze bardziej zmniejszyło mobilność Warszawianki. Do końca walki obraz nie uległ zmianie. Porażyńska-Bohn konsekwentnie parła do przodu, trafiając ciosami jak i low-kickami. Natomiast Pani Patrycja starała się stopować przeciwniczkę kontrami, jednak były to w dużej mierze próby niecelne. Walka zakończyła się sprawiedliwym werdyktem na korzyść Moniki Porażyńskiej-Bohn. Jednogłośne zwycięstwo.

 

Martyna Czech vs Kristina Matilevich

 

Po walce w K-1 znów przyszła kolej na MMA. W tym starciu naprzeciw siebie stanęły Martyna Czech oraz debiutantka z Łotwy Kristina Matilevich. W tej konfrontacji działo się wiele nieoczekiwanego. Łotyszka ruszyła do huraganowych ataków zadając wiele celnych ciosów po zamaszystych sierpach, a wręcz cepach. Jej ciosy były na tyle szerokie i obszerne, że widzowie z pierwszych rzędów mogli mieć uzasadnione obawy, że zostaną zahaczeni przez pięści Matilevich. Martyna Czech dała się zaskoczyć, przyjęła całą serię ciosów na twarz, a po jednym z nich straciła równowagę i nieomal runęła na plecy. Mimo to zdołała wybronić się przed obaleniem lub też nokautem. Z czasem Matilevich zaczęła tracić siły i dynamikę, co skrzętnie wykorzystała Czech. Zadając kilka mocnych kolan w zwarciu powolutku odbierała oponentce ochotę do dalszej walki. Dodatkowo celne proste spowodowały, że Łotyszka dosłownie zaczęła gasnąć w oczach. W pewnym momencie całkowicie odcięło jej prąd. A Pani Martyna z bezwzględną konsekwencją zadając niezliczoną ilość ciosów dokonała dzieła zniszczenia. Sędzia Piotr Michalak słusznie przerwał pojedynek. A cała akcja od momentu odłączenia prądu Łotyszce do chwili przerwania walki przez sędziego trwała mniej więcej tyle samo czasu co wypowiedzenie zdania “Jeśli w pierwszych dwóch minutach rzuca się na szalę wszystkie siły to w trzeciej minucie przegrywa się przez nokaut”. I niech to będzie podsumowaniem przyjętych strategii w tym starciu.

 

Anna Fucz vs Eliśka Pelechova

 

Pojedynek w formule K-1. Po jednej stronie młoda, choć już obyta na ringach Eliśka Pelechova z Czech. Po drugiej stronie Anna Fucz, urodzona we Wrocławiu, ale od lat trenująca w Niemczech. Fucz była najbardziej doświadczoną zawodniczką na całej gali z imponującym rekordem 38-9-0, do tego należy dodać rekord MMA 3-0-0. Takie statystyki mogły obiecać pokaz świetnego kickboxingu w klatkoringu. Co prawda statystyki nie walczą, ale tym razem na szczęście byliśmy świadkami dobrego pojedynku, utrzymanego w dynamicznym tempie. W tym starciu młodości z doświadczeniem Polka od początku walczyła na dużym spokoju, starając się ustawić sobie przeciwniczkę. Czeszka dysponując lepszymi warunkami fizycznymi próbowała wykorzystać swój zasięg wysokimi kopnięciami i ciosami prostymi. Fucz dążyła do skrócenia dystansu np. stosując technikę superman punch, Pelechova natomiast robiła wszystko by dystans utrzymać, jednak to Polka  zaczęła zyskiwać przewagę. Trafiała po seriach ciosów, co na pewno odczuwała jej przeciwniczka, a sama też umiejętnie unikała ciosów i kopnięć Czeszki. Fucz zdecydowanie lepiej prezentowała się boksersko. Kolejne fazy walki przebiegały podobnie, Polka kontrolowała starcie zadając celne ciosy sierpowe i proste przeplatane low-kickami. Pelechova stawiała na swoją przewagę zasięgu, jednak jej ataki były chaotyczne, uderzenia i kopnięcia nie docierały do celu. W drugiej rundzie po serii na korpus i poprawce sierpowym Czeszka runęła na deski i była liczona. Mimo to szybko wróciła do starcia, ale strat nie była już w stanie odrobić. Co prawda w trzeciej rundzie ruszyła do agresywnych szarż, ale były to ataki w prostej linii, po których Fucz umiejętnie klinczowała, rewanżując się celnymi kolanami. A soczysty prawy sierp w końcówce tylko podkreślił jej przewagę. Pelechova starała się ratować sytuację, szukając zwycięstwa nawet w ciosach typu back fist, ale bez powodzenia. Sędziowie bez żadnych wątpliwości przyznali jednogłośne zwycięstwo Annie Fucz.

 

Katarzyna Posiadała vs Lucia Cmarova

 

Kolejna walka w K-1. Oko w oko stanęły Katarzyna Posiadała i Lucia Cmarova. Czy Cmarova chciała coś udowodnić Posiadale? Bądź co bądź na poprzedniej gali LFN Pani Kasia pokonała siostrę Lucii, Veronike. A może to Posiadała pragnęła zostać pogromczynią sióstr Cmarovych? Tego nie wiemy, ale wiemy na pewno, że obie Pani z niezwykłą zawziętością i zażartością dążyły do zwycięstwa. Ale tego pazura w klatkoringu miała jednak więcej Polka, gdyż już na samym początku walki po prawym sierpowym Słowaczka padła na deski i była liczona. Natychmiastowo po wznowieniu walki ruszyła do odrabiania strat, jednak Pani Kasia nie należy do tych, którzy cofają się pod naporem. Śmiało podjęła “rękawice” i sama ruszyła do zdecydowanych ataków uderzając i trafiając przeciwniczkę na kilku płaszczyznach, od ciosów na twarz, poprzez kopnięcia a na kolanach w klinczu kończąc. Cmarova starała się wykorzystać swój większy zasięg stopując od czasu do czasu Polke front-kickami. Te jednak co najwyżej lądowały na korpus, więc zawodniczka Gladiatora Siedlce dobrze sobie z nimi radziła i nadal parła do przodu. Pojedynek trwał a tempo nie spadało ani odrobinę, obie zawodniczki zadawały niezliczona ilość ciosów, były piękne wymiany, długie serie oraz kombinacje od ciosów prostych, sierpowych poprzez kopnięcia low-kick i front-kick. I mimo, że walka była wyrównana to Cmarova powolutku traciła siły a jej ciosy coraz częściej chybiały celu. A w ostatniej rundzie był “ogień”. Słowaczka przeczuwając porażkę szukała powodzenia w zaskakujących technikach, dwa razy groźnie zastosowała back fist z czego druga próba dosięgła głowy Posiadały. Polka natomiast zrewanżowała się soczystym prawym prostym. Tempo nadal nie spadało, sekundy uciekały a emocje rosły. Cios za cios. Kopnięcie za kopnięcie. Kolano za kolano. Żadna z zawodniczek do ostatnich chwil nie rezygnowała i nie chciała odpuścić. Może dość przypadkowo, ale po jednej z szamotanin w klinczu obie zawodniczki upadły na deski, taka drzemała w nich wola walki. Co prawda pod koniec walki zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać, powtarzały się klincze, ale zawodniczki mimo utraty sił nadal zadawały sporo ciosów. A jeden z prawych sierpów Posiadały nie tylko zrobił wrażenie na Słowaczce, ale też pewnie miał swoje odzwierciedlenie na kartach sędziowskich. W ostatecznym rozrachunku to Katarzyna Posiadała odniosła jednogłośne zwycięstwo. Trzeba jednak zaznaczyć, że walka była bardzo wyrównana, Cmarova pokazała się z bardzo dobrej strony, a porażka ujmy jej nie przyniosła. Na zwycięstwie Pani Katarzyny zaważyło liczenie Cmarovej w pierwszej rundzie oraz ogólnie większa liczba celnych ciosów. I cóż, teraz możemy tylko zapytać czy na Słowacji są jeszcze jacyś członkowie rodziny Cmarovych, z którymi można stoczyć walkę. Niewątpliwie Pani Katarzyna Posiada(ła) patent na członków tego walecznego rodu.

 

Weronika Zygmunt vs Valerija Sotchenko

 

To była ostatnia walka w formule MMA podczas gali The FeMMAgeddon. W klatkoringu zmierzyły się Weronika Zygmunt oraz Łotyszka Valerija Sotchenko. Ledwie sekundy po rozpoczęciu starcia Weronika Zygmunt obaliła swoją przeciwniczkę i zaczęła walkę w parterze o jak najlepszą pozycję. Pani Weronika wywodzi się z zapasów i tą sztukę ma opanowaną do perfekcji.  Nienaganny grappling predysponują Zygmunt  do walki w parterze, więc nie było to zaskoczeniem, gdy Polka błyskawicznie sprowadziła walkę do tej płaszczyzny. Sotchenko jeszcze przed obaleniem szerokim prawym sierpowym miała zamiar powstrzymać Zygmunt przed skróceniem dystansu, lecz bezskutecznie. Później rozpoczęły się szachy w parterze, gdzie Polka starała się przyjąć jak najkorzystniejszą pozycję do zakończenia pojedynku. Pani Valerija natomiast walczyła o przetrwanie, wykręcają się wszelkimi możliwymi sposobami oraz wpinając się ciasno w ciało oponentki. Sotchenko podejmowała próby ucieczki, ale Polka świetnie kontrolowała starcie i nie miała zamiaru wypuścić zdobyczy z rąk. I stało się nieuniknione, Pani Weronika ustabilizowała pozycję, wykluczyła rękę przeciwniczki i zyskała miejsce do zadawania czystych ciosów. Łotyszka próbowała się jeszcze wykręcić, jednak tylko pogorszyła swoją, i tak już kiepską, sytuację. A Krakowianka już w pełnym przysiadzie zaczęła robić swoje. Sotchenko zadźwięczał w głowie prawdziwy dzwon Zygmunt(a). Dzwon który w postaci mocnych ciosów z góry, całkowicie odebrał Łotyszce wole walki. Sędzia czuwał nad starciem i przerwał walkę we właściwym momencie. Weronika Zygmunt zwyciężyła po modelowym zastosowaniu techniki ground and pound, co staje się już jej sztandarowym stylem w jakim dąży do zakończenia walk. Było to najkrótsze starcie na gali. I w tych najkrótszych starciach zaczyna specjalizować się Sotchenko. Na poprzedniej gali “That`s All Folks” Łotyszka wygrała błyskawicznie, tym razem jednak znalazła się po drugiej stronie przegrywając równie szybko.

 

Anissa Haddaoui vs Alisa Bazhukova

 

W przedostatniej walce wieczoru, stoczonej w formule K-1, rękawice skrzyżowały reprezentantka Ukrainy Alisa Bazhukova oraz Holenderka Anissa Haddaoui. I ta ostatnia była największą niespodzianką i zaskoczeniem na całej gali. Zawodniczka rodem z Holandii  wskoczyła w fightcard w ostatniej chwili i trudno było zgadnąć czego można się po niej spodziewać. Ale ku uciesze zgromadzonych pokazała naprawdę wiele. Holenderski kickboxing ma wyrobioną renomę na arenie międzynarodowej i dało się to zauważyć od pierwszych chwil starcia w klatkoringu LFN. Haddaoui zaczęła od efektownego wysokiego kopnięcia, a dalej było tylko lepiej. Pierwsze minuty były jeszcze dość wyrównane, z obu stron padło sporo kopnięć i ciosów, ale to Holenderka przejęła inicjatywę i z czasem wypracowała przewagę czego wyrazem był m.in. efektowny wysoki  front-kick na głowę przeciwniczki. Od początku drugiej rundy Holenderka czuła się już bardzo pewnie, śmiało zaatakowała, i po kilku ciosach wystrzeliła kolejnym atomowym kopnięciem na głowę. Bazhukova nie zdołała się zasłonić i chwile później była liczona. W dalszej części pojedynku Haddaoui zyskała wręcz miażdżącą przewagę. Była szybsza i dynamiczniejsza od swojej oponentki. Zadawała ciosy całymi seriami, raz po raz zaskakiwała Bazhukovą licznymi kopnięciami na wielu płaszczyznach. Ukrainka starała się nawiązać wyrównaną walkę, lecz jej ataki były z reguły niecelne a obrony spóźnione. A Holenderka nie zwalniała tempa, jak dobrze naoliwiona maszyna, zaprogramowana na prezentacje idealnego K-1, realizowała swoją strategię. Zasypując przeciwniczkę seriami ciosów oraz całymi kombinacjami odbierała jej wole do walki. Bazhukova przyjęła na głowę dużą ilość prostych, kopnięć a nawet kolan. Choć oprócz mocno potarganej fryzury jej twarz nie nosiła wyraźnych śladów przyjętej kanonady. W ostatniej rundzie Ukrainka za wszelką cenę starała się pozostać w walce. Jako zawodniczka również wysokiej klasy z niemałymi sukcesami, miała podstawy by stoczyć ten pojedynek na lepszych dla siebie warunkach. Jednak tego dnia przewaga techniczna Haddaoui była zbyt przytłaczająca.  Ponawiając swoje ataki z łatwością trafiała zarówno na głowę jak i na tułów. Ukraina zepchnięta do narożnika po przyjęciu kolejnej mocnej kombinacji padła na kolana i była powtórnie liczona. Bazhukova dotrwała do końca walki, przetrwała nawałnicę, jednak wobec przewagi przeciwniczki była bezradna. W sposób bezapelacyjny, jednogłośną decyzją sędziów zwycięstwo odniosła Holenderka. W tym pojedynku Haddaoui pokazała kickboxing na najwyższym poziomie, popisując się wieloma świetnymi kombinacjami, prezentując nienaganną technikę na pełnym dystansie. Ale już sam fakt, że na co dzień trenuje w słynnym Mike`s Gym Amsterdam jest bardzo mocną rekomendacją. Obejrzeć jej walkę było prawdziwą przyjemnością.

 

A w walce wieczoru zmierzyły się:

Judyta Rymarzak vs Marta Gusztab

 

Walką wieczoru i zarazem ostatnim starciem gali LFN “The FeMMAgeddon” był pojedynek Judyty Rymarzak z Martą Gusztab. Walkę stoczono w formule Muay Thai. A zatem było to wydarzenie, które jest bardzo rzadkim zjawiskiem na galach sportów walki. Muay Thai czyli Tajski boks, mimo, że zyskuje na popularności w Polsce, nie jest jeszcze powszechnie prezentowany na galach w swej czystej postaci. I od samego początku, od samego wejścia zawodniczek do ringu można było zauważyć istotne różnice, elementy, które nadawały swoistego mistycyzmu nadchodzącemu starciu. Widzowie byli świadkami tradycyjnego ceremoniału, który towarzyszy konfrontacjom w tej formule. Zawodniczki pokazały się widowni w opaskach na głowach tzw. mongkon oraz w opaskach (tzw. praijat) zakładanych nad bicepsem. A w każdej z pięciu niezwykle wyczerpujących rund fighterkom towarzyszyła tradycyjna tajska muzyka ludowa. W tradycji jej tempo i intensywność nadaje rytm całej walce, pomaga zawodnikom w koncentracji, a także wprowadza w pewien trans hipnotyczny. I ten trans udzielił się także widowni, która jak urzeczona, z zapartym tchem, obserwowała to co działo się w klatkoringu. Obie zawodniczki są specjalistkami w tej dyscyplinie i miały dla siebie bardzo duży wzajemny szacunek. Było to widać na początku walki, gdyż obie zaczęły starcie bardzo ostrożnie i badawczo. Doszło do kilku wymian ciosów i kopnięć, lecz nie były to groźne ataki. Pierwszy sygnał do dynamicznych szarż dała Pani Judyta trafiając oponentkę seriami ciosów prostych, zarazem powstrzymując zapędy przeciwniczki front-kickami.  Atmosferę w tle cały czas podgrzewała egzotyczna tajska muzyka, która chyba w końcu rozgrzała i Gusztab. A ta wreszcie się ożywiła próbując rozbić gardę rywalki groźnymi łokciami. Łokcie i kolana to wręcz sztandarowe techniki w Muay Thai, więc tego typu kombinacjami walka była suto przyprawiona. W dalszej fazie pojedynku było coraz goręcej a zawodniczki mocniej pobudzone prezentowały nowe techniki i kombinacje. Aktywniejsza w pierwszych minutach Rymarzak punktowała efektownymi kopnięciami obrotowymi, back fistem a nawet obaleniem w klinczu – gdzie w Muay Thai jest to jak najbardziej dozwolone. Walka zaczęła nabierać rumieńców, a do gry wróciła Poznanianka. O ile w początkowej fazie pojedynku przewaga należała do Rymarzak to w trzeciej rundzie inicjatywę przejęła Gusztab. Wykorzystując swoje lepsze warunki fizyczne kilkukrotnie groźnie zaatakowała trafiając serią ciosów prostych, a także łokciami. A tempo nie zwalniało ani na moment, obie zawodniczki wkładały w swoje poczynania całe serce oraz umiejętności. Obok stosowanych technik, również wykazywały się dużą wytrzymałością i odpornością. Przetrwać całą serię kolan nie jest łatwo, a takimi właśnie uderzeniami dość swobodnie okładały się przy okazji jednego z dłuższych klinczów. Cały czas dynamiczniejsza w atakach pozostawała Rymarzak, Gusztab natomiast trafiała rzadziej, ale za to bardzo czysto – czy to ciosami czy też bolesnymi kolanami. Czas mijał, następowała runda za rundą, a obie Pani nie zwalniały, wymieniały dużą ilość ciosów i kopnięć, udowadniając wszystkim zebranym co to znaczy prawdziwa żelazna wola i żelazna kondycja. Runda ostatnia była prowadzona w zabójczym tempie, iście gargantuicznym wysiłkiem zawodniczki dążyły do zaznaczenia swoje przewagi, do postawienia kropki nad “i” w drodze do zwycięstwa. Mimo dużych strat energii, mimo walki z samym sobą i swoim zmęczeniem, żadna z Pań nie miała zamiaru odpuścić. Na minutę przed końcem walki nastąpiło coś co być może było małym przełomem. Po trafieniu łokciem przez Rymarzak na twarzy Gusztab wykwitła strużka krwi. Sędzia zarządził krótką przerwę, a cutman przystąpił do tamowania krwawienia. Dla Rymarzak były to cenne sekundy, które pozwoliły jej złapać drugi oddech. Natomiast Gusztab jakby ta cała sytuacja rozkojarzyła. Po wznowieniu walki reprezentantka Gladiatora Siedlce ruszyła do zdecydowanego ataku, przełamując obronę przeciwniczki, trafiła groźnie kilkoma ciosami prostymi oraz łokciami. Zepchnęła swoją oponentkę do głębokiej defensywy. Gdy padł ostatni gong to właśnie Rymarzak uniosła ręce do góry przeczuwając swoje zwycięstwo. Sędziowie nie byli jednak jednogłośni, decyzją 2 do 1 przyznali zwycięstwo Judycie Rymarzak. Ale trzeba przyznać, walka była wyrównana i niezwykle zacięta. Obfitowała w liczne wymiany i kombinacje, zadawane całymi seriami. Obie zawodniczki trafiały mocno i często. Obie były równie odważne i równie waleczne, ale to Rymarzak była mężniejsza i waleczniejsza o minutę dłużej. To ona o minutę dłużej prowadziła huraganowe ataki i to jej należało się zwycięstwo. A Pani Marcie gratulujemy twardej postawy, będąc asygnowaną do walki niemal w ostatniej chwili, pokazała naprawdę świetne Muay Thai.

 

I tym mocnym akcentem dobiegła końca trzecia gala federacji Ladies Fight Night. Już dziś zapraszamy na kolejną, która odbędzie się 17-go grudnia, w pierwszą rocznicę istnienia LFN. Więcej szczegółów już wkrótce.

 

komiks_b