Gala LFN “Five Points” – obszerna relacja!

Gala LFN “Five Points” – obszerna relacja!

Sobotni wieczór 8 kwietnia 2017 roku był dla organizacji Ladies Fight Night szczególny. To właśnie wówczas odbyła się już piąta gala żeńskich sportów walki. Po raz piąty zawodniczki z Polski oraz zza granicy mogły rywalizować w klatkoringu pod szyldem LFN. Jak każda poprzednia gala i ta przyniosła wielkie emocje. Nie zabrakło gorących sportowych konfrontacji, starć, w których leciały iskry i uderzały prawdziwe pioruny. Niecodzienna była również sceneria i okazja, gdyż gala odbywała się na terenie hal Międzynarodowych Targów Poznańskich podczas największej w Polsce wystawy motoryzacyjnej. I tak niemalże przy akompaniamencie ryku silników swoją sportową moc zaprezentowały nam dwadzieścia dwie wojowniczki, które stoczyły jedenaście pojedynków w formule MMA oraz K-1. Wstęp na to niezwykłe wydarzenie oraz smakowite przekąski dla całej zgromadzonej widowni – już tradycyjnie – były bezpłatne. A oprócz rywalizacji sportowej nie zabrakło również niespodzianki muzycznej. Czas między walkami pozytywną nutą umilała formacja “Drużyna Mistrzów”.

 

 

 

Pierwszym starciem na gali był pojedynek debiutantek. W czerwonym narożniku stanęła Agnieszka Szmitowska, w niebieskim Angelika Szczepańska. Tremę związaną z pierwszą zawodowa walką lepiej opanowała Szczepańska, która od pierwszego gongu ruszyła do zdecydowanego ataku. Dzięki front-kickom i wysokim kopnięciom na głowę skutecznie zastopowała Szmitowską, ta jednak nie odpuszczała i również mocno parła do przodu próbując dosięgnąć przeciwniczki seriami ciosów. Jednak to Szczepańska, umiejętnie wykorzystując przewagę w warunkach fizycznych, zaczęła być górą w tym pojedynku. I po jednym z jej kopnięć na wątrobę Szmitowska była liczona. Mimo grymasu bólu na twarzy, mocno dopingowana przez swój narożnik, tym razem zdołała jeszcze podjąć walkę. Niestety ten kryzys kosztował ją utratę sił i energii, z czego skorzystała jej oponentka. Szmitowska była w tej rundzie liczona jeszcze dwukrotnie. Łącznie trzy razy w jednej rundzie, co zgodnie z regulaminem, kończyło pojedynek. Zwyciężczynią walki przez TKO została Angelika Szczepańska, która to pokazała w ringu kawał dobrego K-1 i w ogóle nie było po niej widać, że to jej zawodowy debiut. Szmitowska natomiast, pomimo porażki, pokazała hart ducha i żelazną wole walki. W obliczu silnych i bolesnych ciosów, za każdym razem na nowo wracała do starcia. Obie zawodniczki pokazały, że nie spotkały się w ringu by tylko zachowawczo punktować, obie prowadziły otwartą i ostrą walkę z pełną determinacją i zawzięciem. Gratulujemy postawy oraz zwycięstwa Pani Angelice!

 

 

 

Kolejna walka to pierwsze starcie w formule MMA. Oko w oko stanęły reprezentantka Polski Katarzyna Biegajło oraz zawodniczka z Litwy Anzelika Petkeviciute. Pierwotnie Biegajło miała zmierzyć się z przeciwniczką z Francji, jednak ta doznała kontuzji i w ostatniej chwili jej miejsce zajęła Petkeviciute. I niestety taka zmiana za pięć dwunasta miała istotny wpływ na przebieg pojedynku. Mimo dynamicznego początku i chęci z obu strony do prowadzenia otwartej i mocnej walki, koniec nastąpił po minucie pierwszej rundy. Po jednym z front-kicków Biegajło, Litwinka nie była zdolna do dalszego prowadzenia starcia. Możliwe, że powodem był bardzo wysoki stres związany z jej zawodowym debiutem, niemniej po konsultacji z trenerem Petkeviciute poddała walkę. Dla Katarzyny Biegajło było to drugie zwycięstwo w drugiej zawodowej walce w karierze. Brawo!

 

 

 

Trzecie starcie to pojedynek doświadczonej Słowaczki Lucii Krajcovic oraz jednej z czołowych zawodniczek polskiego K-1 Judyty Rymarzak. Krajcovic dysponowała imponującym rekordem z aż 19 zwycięstwami zawodowymi, jednak Pani Judyta mimo, że mniej obyta z zawodowym ringiem mogła legitymować się niemałymi sukcesami krajowymi i międzynarodowymi. To zapowiadało dawkę naprawdę soczystego K-1 w zderzeniu dwóch godnych siebie rywalek. I obie od samego początku ruszyły na siebie z dużym animuszem, tempo było wysokie i nie spadało ani na chwilę. W pierwszej rundzie lekką przewagę zaczęła zaznaczać Słowaczka. Wykorzystując lepszy zasięg i swoje długie nogi stopowała ataki Polki skutecznymi front-kickami. Ponadto często spychała Rymarzak pod liny zadając jej wówczas celne ciosy proste. W następnej rundzie obraz walki nie uległ zmianie. Krajcovic coraz bardziej zaznaczała swoją przewagę imponującymi front-kickami oraz high-kickami. Rymarzak podchodziła do rywalki chyba ze zbyt dużym respektem. Brakowało z jej strony zepchnięcia przeciwniczki pod liny by tam skracać dystans i niwelować przewagę zasięgu Słowaczki. Mimo to Polka podejmowała próby efektownych akcji m.in. poprzez side-kick czy backfist. Ostatnia runda to próba odrabiania strat przez Rymarzak. Ruszyła bardzo ostro i agresywnie do przodu, popisała się kilkoma świetnymi kombinacjami. Jednak i w takiej wymianie Krajcovic dobrze się odnajdywała. Po początkowej nawałnicy Rymarzak, zawodniczka zza naszej południowej granicy na nowo przejęła kontrolę nad pojedynkiem sprawnie punktując silnymi kopnięciami. Jej długie nogi i liczne celne kopnięcia były dobrą receptą w drodze po zwycięstwo. Sędziowie byli zgodni i jednogłośnie przyznali wygraną Lucii Krajcovic. Natomiast Pani Judyta mimo, że zażarcie przewalczyła wszystkie rundy, do końca nie ustępując w próbach przełamania oponentki, tego dnia musiała uznać wyższość Krajcovic. Jak przyznała w późniejszych wywiadach pomimo porażki była zadowolona z faktu, że w klatkoringu zestawiono ją z tak silną zawodniczką. Podkreśliła, że takie pojedynki bardzo dużo uczą, że wyciągnie wnioski i wróci silniejsza, czego gorąco życzymy.

 

 

 

Pojedynek numer cztery na gali LFN “Five Points” był jedynym starciem międzynarodowym (bez udziału Polki) w ten sobotni wieczór. W formule MMA zmierzyły się Brazylijka Talita De Oliveira oraz doświadczona reprezentantka Węgier Iren Racz. Walka zaczęła się od wzajemnych “podchodów” w stójce, lecz przy pierwszej dogodnej okazji zawodniczka z Brazylii sprowadziła swoją przeciwniczkę do parteru uzyskując pozycję z góry. Iren Racz jednak nie próżnowała i podjęła – przynajmniej początkowo – skuteczna obronę z pleców, m.in. wykluczając ręce i prawą nogę oponentki, licząc na pasywność, co mogłoby zmusić sędziego ringowego do ponownego podniesienia pojedynku. Jednak Brazylijka szybko wybiła z głowy Racz wszelkie takie pomysły, uwolniwszy się z uścisku zdobyła pozycję boczną, a następnie “wkręciła się” w pełną gardę zadając kombinacje ciosów. Mimo prób wyrwania się z opresji przez Węgierkę walka cały czas przebiegała w parterze pod dyktando De Oliveiry. I jak na Brazylijkę przystało pojedynek na jej korzyść zakończyła technika brazylijskiego jiu -jitsu a mianowicie trójkąt rękoma. Starcie zostało roztrzygnięte przed końcem pierwszej rundy, jednak przyniosło wiele emocji oraz obfitowało w niemało efektownych akcji typowych dla MMA. Brazylia górą, gratulujemy!

 

 

 

Kolejne starcie było konfrontacją polsko-polską. Do klatkoringu weszły Kamila Bałanda – znana m.n. z wystepów dla organizacji FEN – oraz zawodniczka miejscowego klubu Kohorta Poznań, Marta Gusztab, dla której był to już trzeci pojedynek dla LFN. Walka odbyła się w formule K-1. A pierwsza runda pokazała niemal pełen wachlarz technik jakie może zaoferować ta formuła. Zawodniczki w ogóle się nie oszczędzały. I to co jest charakterystyczne dla walk kobiet, nie było żadnej kalkulacji ani kunktatorstwa, była pełna wymiana ciosów i kopnięć, pojedynek na pełnych obrotach. Ostrzej zaczęła Gusztab, jednak wkrótce Bałanda odzyskała kontrole poprzez efektowne backfisty z lewej i z prawej ręki oraz mocne ciosy proste. Pod koniec rundy drugi oddech złapała Pani Marta, spychając rywalkę pod liny. Wkrótce gong zakończył pierwsze trzy minuty walki, dodajmy bardzo wyrównanego pojedynku. Początek kolejnej rundy ponownie należał do Poznanianki, zadawała dużo ciosów i kopnięć, choć nie wszystkie były celne, a nie wszystkie celne były silne. Natomiast Bałanda wyprowadzał akcje rzadziej, ale jakby z większą mocą, prezentując efektowne techniki jak np. kopnięcie obrotowe. W końcówce rundy również popisała się kilkoma mocnymi ciosami i kopnięciami czym na pewno zapisała się na plus na kartach sędziowskich. Ostatnia odsłona starcia nadal prowadzona była w wysokim tempie, co chyba powoli odbijało się na kondycji zawodniczek, a zwłaszcza Marty Gusztab, której ciosy traciły na mocy i stawały się bardziej pchane niż uderzane. Kamila Bałanda uderzała z mniejszą częstotliwością, jednak jej uderzenia, a zwłaszcza kopnięcia na tułów, przybierały na sile. Jednak pod koniec rundy i jej zaczęło brakować “pary” co skrzętnie wykorzystała Gusztab wyprowadzając celną kombinację ciosów i kopnięć. W ostatnich sekundach obie zawodniczki walczyły resztkami sił, brakowało im tlenu. A starcie prowadziły chyba już tylko sercem, które niewątpliwie obie miały bardzo waleczne. To był pojedynek na bardzo wysokim sportowym poziomie, obfitujący w szereg technik kickbokserskich. Walka na zasadzie oko za oko, ząb za ząb. Gdy tylko jedna uzyskiwała przewagę to natychmiastowo druga odrabiała straty. Gusztab postawiła na dynamikę i dużą ilość wyprowadzanych uderzeń, Bałanda na celność, siłę i moc. To była konfrontacja bardzo trudna do oceny co odzwierciedlił również werdykt. Jednak sędziowie wyżej ocenili styl i taktykę Kamili Bałandy przyznając jej zwycięstwo niejednogłośną decyzją. Marta Gusztab natomiast przegrała tylko o włos, po raz kolejny prezentując się w klatkoringu LFN wyśmienicie, dając świetną walkę i dostarczając wielu gorących emocji. Brawa dla obu wojowniczek!

 

 

 

W formule MMA w wadze do 61 kg zmierzyły się, doświadczona i uznana reprezentantka Finlandii, Suvi Salmimies oraz zawodniczka LFN Team Katarzyna Sadura. Od pierwszego gongu mogliśmy spodziewać się huraganowego ataku ze strony Pani Kasi. Już nas przyzwyczaiła do dynamicznych i efektownych początków. Jeżeli ktoś oczekiwał właśnie takiego wejścia w walkę…to się mocno zdziwił. Kasia Sadura walczyła zupełnie jak nie Kasia Sadura. Jakby tuż przed walką postanowiła odwrócić swój styl do góry nogami. Zabrakło szaleńczego ataku na pełne wystrzelanie się na zasadzie “albo się uda albo nie uda”. Tym razem głowa była chłodna, poczynania rozsądne i z właściwą ostrożnością. Kiedy trzeba było przyspieszała i atakował, innym razem wyczekiwała na właściwy moment by ukąsić. Od początku była bardzo skupiona, nieustannie badała przeciwniczkę. Wykorzystując swoją najmocniejszą broń zaczęła od zadawania wysokich kopnięć, dzięki którym zdobywała pierwsze punkty. Finka widząc, że w stójce przegrywa starcie podejmowała próby obaleń, jednak Sadura potrafiła skutecznie się wybronić pokazując, że bardzo dobrze odrobiła lekcje z treningów zapasów. A gdy już walka zostawała sprowadzana do parteru i tam Polka dominowała, zajmując pozycję z góry i zadając dużą ilość ciosów. Salmimies wyłapała naprawdę sporą liczbę uderzeń na twarz. Po raz pierwszy tego wieczoru w klatkoringu pojawiła się krew, a sytuację Finki uratował gong kończący rundę drugą. Ostatnia odsłona walki zaczęła się od zdecydowanych prób odrabiania strat przez zawodniczkę ze Skandynawii. Jednak mimo pierwszej nawet udanej próby obalenia, Sadura z łatwością się wybroniła i na nowo przeniosła pojedynek do stójki. A tam nadal efektownie punktowała swoimi słynnymi high-kickami. Fince nie pomogły już kolejne nieudane próby obaleń, które kończyły się co jedynie bezproduktywnym klinczem. W ostatniej minucie co prawda udało się jej sprowadzić starcie do parteru, ale tam została nieomal skończona balachą lub duszeniem nogami. I mimo, że werdykt końcowy ostatecznie pozostał w rękach sędziów to bezdyskusyjne i jednogłośne zwycięstwo odniosła Katarzyna Sadura. Tą walką Pani Kasia udowodniła jak mocno dojrzewa i krzepnie na zawodowych ringach. Udało się jej poskromić swój żywiołowy ringowy temperament, tę wewnętrzną “złośnicę”, która choćby na gali w Karpaczu doprowadziła do wystrzelenia się z całej energii i sił w ciągu pierwszej minuty pojedynku. Tym razem było inaczej. Tym razem było zwycięstwo. Gratulujemy!

 

 

 

Ten pojedynek w formule K-1 był wyjątkowy ze względu na fakt, że po raz pierwszy na galach LFN zmierzyły się ze sobą zawodniczki w kategorii open powyżej 78 kg. W klatkoringu stawiły się Polka Paulina Bieć oraz Niemka Mary Anne Kieper. Po tej walce mogliśmy spodziewać się mocnych kopnięć i silnych uderzeń. I faktycznie tak było, a głównie za sprawą Pauliny Bieć, która w tym pojedynku całkowicie zdominowała swoją oponentkę. Wykazała się dużą przewagą techniczną, wyprowadzała też dużo większą ilości ciosów, głównie celnych. Sile tych uderzeń również nic nie brakowało. Skutecznie wyprowadzała całe serie lewy-prawy, kończąc akcje efektownymi kopnięciami. Pierwszą rundę Niemka jeszcze przetrwała, jednak i runda druga przebiegała według wcześniejszego scenariusza. Liczne serie ciosów i kopnięć Polki łatwo odnajdywały drogę na korpus i głowę Kieper. Bardzo szybko na twarzy zawodniczki z Niemiec wykwitł grymas bólu. Wkrótce potem było pierwsze liczenie, potem drugie, i ostatecznie trzecie, które to – zgodnie z regulaminem walk K-1 – zakończyło starcie. Bezapelacyjną zwyciężczynią pojedynku przez TKO została Paulina Bieć prezentując widzom kawał bardzo dobrego K-1. Brawo!

 

 

 

Po dłuższej przerwie spowodowanej kontuzją do klatkoringu LFN powróciła Sylwia “Mała” Juśkiewicz. Tym razem w formule MMA zmierzyła się z zawodniczką na co dzień trenującą w Rzeszowie, ale pochodzącą z Ukrainy Ludmilą Pylypchak. Wszyscy byliśmy ciekawi postawy Pani Sylwii, tego jak kontuzja i rozbrat na dłuższy czas z zawodowym ringiem wpłynęły na jej dyspozycję. Obie zawodniczki, mimo, że walczące w tej samej kategorii wagowej, znacznie różniły się warunkami fizycznymi. Polka niższa, ale silniejsza i masywniejsza, Ukraina natomiast smukła, wysoka o długich nogach, ze znaczną przewagą zasięgu nad przeciwniczką. I te zróżnicowane warunki fizyczne determinowały przyjęte strategie. Od początku starcia Juśkiewicz, pochylona, nisko na nogach, małymi kroczkami starała się skrócić dystans, posuwając się do przodu zabierała przestrzeń Pylypchak. Ta natomiast dobrze pracowała na nogach, schodziła na boki, i starała się utrzymać dystans kopnięciami. Jednak w początkowej fazie walki brakowało celnych ciosów z obu stron. Z czasem jednak obie zawodniczki wyczuły dystans i zaczęły poczynać sobie odważniej, wymieniając ciekawe serie uderzeń. Wreszcie jeden z szerokich sierpów sięgnął szczęki Ukrainki. Juśkiewicz natychmiastowo ruszyła do szaleńczego szturmu. Jak zabójcza fala tsunami zasypała oponentkę gradem ciosów, które momentalnie sprowadziły Pylypchak do parteru. Tam, mocno wciśnięta w narożnik, zbierała kolejne uderzenia. Trudno było zliczyć te ciosy, a z pięści Polki aż leciały iskry. Wydawało się, że to już koniec, totalna egzekucja, jednak jakimś nadludzkim wysiłkiem Pylypchak zdołała się wybronić, podniosła walkę do stójki i tam odzyskała bezpieczny dystans. Ale tylko na krótko, bo już wkrótce Pani Sylwia ponownie wyprowadziła kilka zabójczych prawych sierpów, które ponownie sprowadziły jej przeciwniczkę na deski. Tym razem Ukrainkę uratował gong kończący pierwszą rundę, w której zdecydowaną przewagę uzyskała Łodzianka. Runda druga była już spokojniejsza, co nie znaczy, że nic się w niej nie działo. Ukraince bardzo przydała się jednominutowa przerwa, wróciła do siebie i zaczęła walczyć na dobrym poziomie. Powróciła do dobrej pracy nóg, starała się utrzymywać dystans kopnięciami na różnych płaszczyznach, punktowała kilkoma udanymi kombinacjami. Jednakże inicjatywa nadal należała do Polki, to Juśkiewicz parła do przodu, to ona nadal zadawała mocne sierpowe ciosy, po których jej przeciwniczce uginały się nogi. Jednak i Pani Sylwia nie wychodziła bez szwanku, po jednej z akcji oponentki na jej łuku brwiowym pojawiła się krew, która delikatnym strumieniem zaczęła spływać po lewym policzku, wprowadzając pewien dyskomfort. Ostatnia runda była już nieco bardziej senna od pozostałych. Obie zawodniczki co prawda były przez cały czas aktywne, wyprowadzając efektowne serie ciosów i kombinacje, jednak obyło się już bez sztormów i grzmotów. Zwyciężczynią walki, po jednogłośnej decyzji, została Sylwia “Mała” Juśkiewicz. W tym pojedynku kluczem do zwycięstwa były jej mocarne sierpowe, które to jeden z komentatorów, Artur “Kornik” Sowiński, malowniczo nazwał wyciąganymi na całej długości “weselniakami”. Cóż, dla Ukrainki były to raczej niewesołe “weselniaki”, gdyż po właśnie takich ciosach momentami znajdowała się na skraju nokautu. Ale i ją należy pochwalić, gdyż wykazała się duża odpornością na uderzenia, wytrwała do końca walki, jak i również do końcowych sekund potrafiła pokazać wiele efektownych akcji. A Pani Sylwii gratulujemy zwycięstwa!

 

 

 

Walka numer dziewięć na gali LFN “Five Points” było to starcie pomiędzy Polką Małgorzatą Dymus a Niemką Maryem Uslu. Pojedynek był stoczony w formule K-1. Dla Pani Gosi był to prawdziwy test umiejętności, gdyż jej przeciwniczka legitymowała się bardzo imponującym rekordem 42-10-1. Ponadto było to już trzecie starcie tych zawodniczek, oba poprzednie zwyciężała Uslu. Zatem była to kolejna okazja dla Dymus na rewanż. Walka od pierwszych chwil była prowadzona w wysokim tempie i stała na wysokim poziomie. Obie zawodniczki wyprowadzały całe serie ciosów, kopnięć oraz kolan, popisując się również imponującymi technikami jak np. backfist. Jedyne co psuło płynność walki to dość częste klincze. Jednak optycznie przewagę zyskiwała Polka, to ona narzucała tempo, to jej uderzenia były celniejsze. Jeżeli pierwsza runda była prowadzona bardzo dynamicznie to druga zaczęła się chyba w trybie “Struś Pędziwiatr”. Obie zawodniczki wyraźnie włączyły wyższy bieg, mimo, że wydawało się wcześniej, że walczą już na tym najwyższym. Nie stroniły od licznych wymian, było widać, że lubią i potrafią się bić. Jak dwa małe czołgi, pozbawione biegu wstecznego, cały czas parły na siebie, a jedyne chwile wytchnienia znajdywały w licznych klinczach. W rundzie trzeciej nadal oglądaliśmy wysokie tempo. Polka rozpoczęła ostatnie trzy minuty pojedynku od imponującej i celnej kombinacji. Dymus jak i Uslu zawzięcie dążyły do zwycięstwa, wymieniając się kolejnymi ciosami i kopnięciami konsekwentnie punktowały, żadna nie miała zamiaru odpuścić ani na chwile, cofnąć się choćby na centymetr. Jest coś takiego szczególnego w kobiecych sportach walki, że w każdej konfrontacji nie ma kunktatorstwa oraz kalkulacji, są tylko całe serce i zaangażowanie położone na szali. Ten pojedynek był również tego przykładem. Gdy zabrzmiał ostatni gong, najtrudniejsze zadanie należało już tylko do sędziów, gdyż to była kolejna walka, w której werdykt był trudny do wytypowania. Ostatecznie zwycięstwo, po niejednogłośnej decyzji, przypadło Małgorzacie Dymus. Na ocenie sędziowskiej najprawdopodobniej zaważyła jej przewaga z pierwszej rundy, gdyż pozostałe oscylowały wokół remisu. Tym samym Pani Gosia wreszcie pokonała Maryem Uslu i zrewanżowała się za poprzednie niepowodzenia. Brawo!

 

 

 

W ostatniej walce wieczoru w formule K-1 oko w oko stanęły dwie młode i perspektywiczne zawodniczki. W narożniku czerwonym trenująca w klubie Millenium Rzeszów Hanna Gujwan a w narożniku niebieskim zawodniczka Kohorty Poznań Natalia Leciejewska. Dla Pani Natalii był to debiutancki pojedynek na zawodowym ringu, ale kompletnie nie było tego po niej widać. Niesiona żywiołowym dopingiem poznańskiej publiczności od pierwszego gongu starała się narzucić swoje warunki. Jednak czekała nią nie lada przeprawa, gdyż mierzyła się z zawodniczką, której wielkość talentu i umiejętności pozwalają z powodzeniem podejmować najtrudniejsze wyzwania sportowe, zarówno w formule K-1 jak i MMA. Pierwsza runda była bardzo wyrównana, Leciejewska parła do przodu, Gujwan kontrowała z defensywy. Obie wyprowadzały wiele kopnięć na różnych płaszczyznach przeplatanych seriami ciosów. Niektóre kopnięcia były naprawdę efektowne, jednak żadne z uderzeń nie były na tyle celne i skuteczne by wytrącić z rytmu którąkolwiek ze stron. Mimo to pierwsza odsłona starcia mogła się podobać, walka stawała się coraz bardziej otwarta, a obie zawodniczki prezentowały naprawdę imponujący wachlarz umiejętności. W rundzie drugiej nadal mogliśmy być świadkami wysokiego poziomu sportowego. Żadna z oponentek nie odpuszczała, a tempo wręcz wzrosło. Leciejewska wciąż była w natarciu, Gujwan natomiast zaczęła lepiej ruszać się na nogach i wyprowadzała zdecydowanie więcej serii ciosów, które raz po raz wchodziły. Poznanianka dla odmiany bardziej skupiła się na kopnięciach, tym samym starając się zahamować zapędy rywalki. Rezultat był bardzo zbliżony, wyraźnie oscylował wokół remisu, zatem wraz z gongiem rozpoczynającym ostatnią rundę obie Panie mocno ruszyły do przodu. Zdecydowanie podkręciły, i tak już wysokie tempo, pragnąć zaznaczyć swoją przewagę, każda na swoja korzyść. Scenariusz był podobny do rund wcześniejszych, Leciejewska szła do przodu, Gujwan na biegu wstecznym kąsała z kontry. Lecz właśnie jakby ta taktyka zaczęła przynosić efekt. Dobrze pracująca na nogach i umykająca Rzeszowianka doprowadziła do sytuacji, w której Pani Natalia zaczęła przestrzeliwać sporo kopnięć. Gujwan ponawiała kombinacje ciosami, które odnajdywały cel. Ostatecznie werdykt sędziów jako zwyciężczynię wskazał Hannę Gujwan, choć zaznaczmy, że po niejednogłośnej decyzji. Walka była bardzo wyrównana i bardzo trudno było wskazać kto był górą. Na korzyść Pani Hani mogło chyba przemawiać to, że w ostatniej rundzie Leciejewska została upomniana za dodatkowe nieprzepisowe kolano w klinczu. Ponadto Gujwan zadała więcej celnych ciosów, na jedno kopnięcie Pani Natalii potrafiła odpowiedzieć dwoma, trzema skutecznymi uderzeniami. Jednak należy pochwalić Natalię Leciejewską za imponującą postawę i zażartą walkę. Ani przez chwilę nie było widać, że to jej debiut. Mamy nadzieję, że jeszcze zobaczymy ją na zawodowych ringach, gdyż ma ku temu talent i predyspozycje by odnosić tam sukcesy. Pani Hani natomiast gratulujemy zwycięstwa po twardej przeprawie!

 

 

 

Główną walka wieczoru było starcie w formule MMA pomiędzy Katarzyną Lubońską a zawodniczką z Brazylii Nubią Nascimento. Lubońska od niedawna zasiliła szeregi organizacji LFN, będąc na rocznym wypożyczeniu z KSW. Brazylijka została zakontraktowana na tę walkę w zastępstwie innej zawodniczki, która doznała kontuzji. Pierwszą odsłonę starcia dobrze zaczęła Pani Kasia zadając przeciwniczce mocne i celne kopnięcie na głowę. W tej konfrontacji to Polka dysponowała większym zasięgiem, Nascimento natomiast przy bardziej krępej i muskularnej budowie miała przewagę siły. W pierwszych fragmentach Lubońska znacznie lepiej poruszała się na nogach, imponowała przygotowaniem szybkościowym. Przejęła inicjatywę i podejmowała próby ataków. Nawet w klinczu, gdzie mogło wydawać się, że to Brazylijka będzie górą, to Lubońska punktowała kolanami. Mocno też obijała nogę rywalki low-kickami. Walka rozwijała się na korzyść zawodniczki z Piły. Jednak to była walka MMA, trzy rundy po pięć minut. W każdej chwili karta mogła się odwrócić. Z czasem Brazylijka zaczęła dochodzić do głosu, wyczuła dystans i podjęła próby zadawania ciosów. Jedno z zamaszystych uderzeń dosięgło szczęki Lubońskiej, co wytrąciło ją z rytmu. Nascimento momentalnie postanowiła wykorzystać dogodną sytuację, zaatakowała śmielej zadając rywalce całą serię celnych ciosów na twarz. Z pękniętej wargi Lubońskiej poleciała krew. Pierwszą rundę zakończył żelazny klincz w jakim zwarły się obie wojowniczki. W tej odsłonie prawie cały czas przewaga należała do Polki, jednakże skutecznym atakiem w końcówce Nascimento zdołała nieco zniwelować straty. Atmosfera się podgrzewała. Lubońska była bardzo aktywna, a Nascimento udowodniła, że weszła do klatkoringu by stoczyć twardy pojedynek na pięści. W kolejnej rundzie to Brazylijka parła do przodu, lecz jej ataki skupiły się praktycznie tylko na próbach zadawania ciosów na twarz. Lubońska walcząca tym razem bardziej z defensywy wykazywała się większą wszechstronnością. Wyprowadzała liczne kopnięcia na różnych płaszczyznach, jak i częste lewe proste. Podejmowała próby obaleń, a w klinczu punktowała celnymi kolanami. Mimo to rezultat walki cały czas oscylował wokół remisu. Nascimento poruszała się bardzo oszczędnie, kumulując energię tylko na wyprowadzanie serii ciosów, które jak już wchodziły to robiły wrażenie na Lubońskiej. Ta natomiast może nie z taką siłą, ale trafiała celniej, zbierając skrupulatnie więcej małych punkcików. W ostatniej odsłonie Katarzyna Lubońska wróciła do tego co wychodziło jej w pierwszej fazie walki, a mianowicie do świetnej pracy nóg. Była zdecydowanie szybsza od swojej oponentki. Przy dość oszczędnych i statycznych ruchach na nogach Brazylijki, Pani Kasia sprawiała wrażenie wręcz motyla, który lekko fruwa sobie wokół, jak w tekście popularnej piosenki “motylem jestem, pofrunę gdzie nie byłam jeszcze”. Może nie za mocno, ale konsekwentnie punktując skrzydełkami. I jak taki motyl właśnie, ze swymi wielobarwnymi skrzydłami, potrafiła zabłysnąć pełną paletą kolorów różnorodnych technik w stójce. Były kopnięcia, kolana, ciosy proste i sierpowe. Jeżeli chodzi o porównanie umiejętności technicznych to przy Nascimento prezentowała pełną wirtuozerię. Co jednak nie przyćmiło faktu, że pięści Brazylijki były do końca niebezpieczne, i nierzadko wstrząsały tym pięknym lotem Lubońskiej. Pod koniec walki Nascimento zaczęła wywierać mocną presję i przeć do przodu, jednak niewiele z tego wynikało, poza tym, że Polka cofnęła się do defensywy. Ostatecznie, po niejednogłośnej decyzji, sędziowie przyznali zwycięstwo Katarzynie Lubońskiej. Walka była bardzo zacięta i twarda, bliska remisu. To była konfrontacja dwóch różnych stylów, w dość nietypowym jak na MMA pojedynku, który w całości rozegrał się w stójce. W przekroju całego starcia Polka okazała się bardziej wszechstronną zawodniczką o większym potencjale i umiejętnościach technicznych. Styl Brazylijki był zbyt stateczny i jednostajny, choć kilkoma udanymi akcjami i mocnymi ciosami na szczękę pozostawała w walce o zwycięstwo do samego końca. Brawa dla obu Pań!

 

I tym mocnym akcentem, walką wieczoru rozegraną na pełnym dystansie, zakończyła się gala LFN “Five Points”. Poziom sportowy był bardzo wysoki. Rywalizacja niejednokrotnie prowadzona w tak wyrównany sposób, że trudno było wyłonić zwycięzców. Tego wieczoru nie zabrakło niczego, była świetna atmosfera, elektryzujące emocje, doskonała uczta dla każdego fana sportów walki. Nie zabrakło smakowitości dla podniebienia oraz pozytywnych rytmów muzycznych dla uszu.
Widzimy się już wkrótce na kolejnej gali organizacji Ladies Fight Night.

 

Bardzo dziękujemy licznie zgromadzone publiczności za gorący doping. Dziękujemy również naszym sponsorom i partnerom za ich wkład w to szczególne przedsięwzięcie.